Filtry, samoopalacze i bronzeryPodkłady

Krem koloryzujący z filtrem przeciwłonecznym – moi ulubieńcy

1062 wyświetlenia

Krem koloryzujący z filtrem zamiast podkładu i szalenie popularnych, azjatyckich kremów BB?

Maluję się regularnie, ale nie przepadam za ciężkimi podkładami (wyjątkiem jest Double Wear, którego używam na specjalne okazje). Najchętniej wybieram lekkie, wodniste i transparentne formuły, na co dzień stosuję je zamiennie z kremami koloryzującymi i pochodnymi przebojowych kremów BB.

Latem stawiam na dobry krem koloryzujący z filtrem przeciwsłonecznym. Oczywiście, nie wierzę, że cienka warstwa podkładu zapewni mi pełną ochronę. Robiąc makijaż  dzienny nie zapominam o klasycznych filtrach i stosuję puder mineralny z oznaczeniem 30 SPF (Bare Minerals)

Możecie być rozczarowane, bo zestawieniu nie znajdziecie produktów azjatyckich – nie uważam że są złe, po prostu moja karnacja nie specjalnie je lubi. Są za jasne, za ziemiste i za szare. Niestety, tym razem moje propozycje są dosyć drogie, ale nic, oprócz jednej pozycji z drogeryjnej półki, dawno mnie nie zachwyciło. Jeśli znacie tańszy, dobry krem koloryzujący z filtrem przeciwsłonecznym to dajcie znać w komentarzach lub na Facebooku.

Bobbi Brown, Extra SPF 25 Tinted Moisturizing Balm, cena: 270 zł

Ciężki kaliber, czyli krem koloryzujący do zadań specjalnych. Do wyboru 5 wersji kolorystycznych: moja to light to medium, a latem medium. Używam go tylko zimą (weekendy na powietrzu i urlop w górach), ewentualnie po retinolu lub po bardzo mocnym złuszczaniu w gabinecie.

Trudno nazwać go lekkim, bo jest bardzo tłusty, w zasadzie to olejek (w formie stałej) koloryzujący. Przynosi ulgę spragnionej, podrażnionej cerze. Na twarzy się nie klei, ale nadaje mocny połysk. Dla cer tłustych się nie nadaje.

Świetnie się rozprowadza, przyjemnie pachnie, niweluje suche skórki i doskonale chroni przed trudnymi warunkami atmosferycznymi, ale krycie jest znikome. Owszem wyrównuje koloryt, ale w minimalny, transparentny sposób. Jest tak treściwy, że kładę go tylko na serum z kwasem hialuronowym. Kosztuje słono, ale jest diabelnie wydajny. Nie zużyję całości przed końcem daty ważności.

Wady? Łatwo z nim przesadzić i trudno współpracuje z pudrami. Poza tym, słoiczek nie jest zbyt higieniczny.

Christian Dior, Diorskin Nude, Krem BB SPF 15, cena: 215 zł

Kupiłam go pod wpływem impulsu, za namową koleżanki. Okazało się, że to bardziej lekki podkład niż krem BB.

Dobrze się rozprowadza, wygląda naturalnie, idealnie stapia z cerą, choć jeśli skóra jest źle nawilżona, może podkreślać suche skórki. Mam kolor 02 medium (ciepły, nie szary i nie ziemisty). Zimą prezentuje się bardzo ładnie, ale w tej chwili (jestem trochę opalona) jest sporo za jasny.

Efekt nazwałabym jako lekko satynowy ze zdrowym rozświetleniem. Kryje zaczerwienianie i drobne niedoskonałości i co ważne, krycie można stopniować.  Jest gęsty i nie ma dużego poślizgu, dlatego najlepiej aplikować go pędzlem lub beautyblenderem. Dobrze współpracuje z każdym korektorem i pudrem.

Lancome, Bienfait Teinté BB Cream 30 SPF, cena: 170 zł

Mój pierwszy krem koloryzujący z filtrem przeciwsłonecznym. Kiedyś nazywał się Lancôme Bienfait Multi-Vital Teinté,  teraz funkcjonuje jako Bienfait Teinté BB Cream. Przeszedł kilka liftingów marketingowych i reformulacji zależnych od kontynentu, w rezultacie nieco rożni się od pierwowzoru, ale nadal daje radę.

W Polsce nie jest sprzedawany, poluję na niego za granicą, na lotniskach i w niektórych sklepach internetowych.

Na początku trzeba się trochę nagimnastykować, ale aplikowany beautyblenderem ładnie stapia się z karnacją. Jak na krem koloryzujący genialnie kryje, a jednocześnie nadaje zdrowy wygląd mokrej, nawilżonej cery.

Do wyboru 5 wersji kolorystycznych w tym dwie jasne. Moja to naturel czyli złocisty, neutralny, ale lekko opalony beż.

Erborian, Krem BB z żeń-szeniem złocistym SPF 20, cena: 159 zł

Pisałam o nim w tekście o najlepszych podkładach 2017.  Ma bardzo ładny kolor: w wersji jasnej nie jest ani za szary, ani zbyt ziemisty, ale leciutko różowy. Ciemniejszy, określony jako złoty, jest idealny na lato, do opalonej skóry.

Formuła jest lekka, dobrze się rozprowadza i nie pozostawia tłustej warstwy. Nieźle ujednolica koloryt, ale tuszuje tylko drobne niedoskonałości. Niestety nie jest zbyt trwały. Fajnie, że występuje w dwóch pojemnościach: 30ml i 15 ml.

MAC, Lightful C Tinted Moisturizer SPF 30, 150 zł

Kupiłam go bo mam słabość do witaminy C i bardzo lubię nawilżacz z tej serii. Jego zadaniem jest optyczne zmniejszenie porów, opanowanie wydzielania sebum i ochrona przed uszkodzeniami słonecznymi. Rzeczywiście to robi.

To bardziej filtr z kolorem niż krem koloryzujący z filtrem. Ma zwartą konsystencję i dziwny odcień, który początkowo wydaje się zbyt ciepły, niemal pomarańczowy, ale ładnie stapia się z karnacją (mam wersję light plus, a do wyboru jest 7 kolorów). Najlepiej wypada aplikowany śliskim pędzlem do podkładu.

Pięknie rozświetla, nadaje skórze zdrowego blasku. Dobrze kryje przebarwienia, upiększa i w subtelny sposób odbija światło. Efekt? Promienny blask skóry bez lepkości! Co ważne trzyma się ponad 8 godzin.

Pixi, H2O Skin Tint, cena: 100 zł

Krem, do którego na pewno wrócę jesienią. Wiosną zużyłam pierwsze opakowanie i zbieram się do zakupu kolejnego.

Konsystencja jest zaskakująca: to jakby chłodzący żel, który natychmiast przynosi ulgę skórze. Dosłownie wbija w nią wilgoć, dzięki czemu cera wygląda naturalnie, zdrowo i świeżo. Jako jedyny w zestawieniu nie ma SPF, ale idealnie  współpracuje z filtrami. Co ważne, całkiem nieźle kryje drobne niedoskonałości i nadaje się nawet dla skóry problematycznej.

Do wyboru trzy kolory – mój to nude, co zimą się sprawdza, ale latem jest trochę za jasny. Jest odporny na ścieranie, pot i wilgoć.

L’oreal, Nude Magique CC cream SPF 12, cena: 40 zł

Hit, który poleciłam już kilku znajomym i wszystkie do niego wracają. Niestety nie nadaje się dla bladolicych, bo ma dosyć ciemny kolor. Do wyboru jest kilka wersji, ale polecam fioletową anti-dullness, która jest złoto – beżowa. Zielona (kryjąca naczynka) jest okrutnie pomarańczowa, a brzoskwiniowa (kryjąca zmęczenie) przypomina samoopalacze sprzed trzydziestu lat.

W tubce odcień jest biały, dopiero po roztarciu nabiera koloru (pękają mikrokapsułki z pigmentem). Ma dobry poślizg, pięknie się rozprowadza, równomiernie kryje zaczerwienienia i rzeczywiście niweluje matowy, szary odcień skóry.

Rozprowadzam go palcami, chociaż dobrze współpracuje z każdym pędzlem. Lekko utrwalony pudrem trzyma się bardzo dobrze, choć oczywiście nie można tu mówić o trwałości typowej dla podkładów kryjących. W tej chwili kończę 3 albo 4 opakowanie i na pewno kupię kolejne.

Wadą jest bardzo niski filtr, dlatego zawsze stosuję go w kombinacji z innymi kosmetykami przeciwsłonecznymi.

krem koloryzujący z filtrem przeciwsłonecznym.

Dołącz do dyskusji